Pizza, pinsa, pyszności… Czy to gra słów? Nie, to realny dylemat kulinarny przeciętnego łowcy supermarketowych perełek. Tym razem na tapet bierzemy produkt, który ostatnio wywołuje gorące dyskusje w grupach kulinarnych i na forach miłośników włoskich smaków. Pinsa z Biedronki — czy warto się na nią skusić, czy to pic na wodę, pizza na drożdże i mąkę kukurydzianą?

Co to w ogóle jest pinsa?

Zacznijmy od wyjaśnienia, czym różni się pinsa od znanej i lubianej pizzy. Choć brzmi jak literówka albo skrót od „PIZza NAwiedzana”, tak naprawdę to kulinarna kuzynka pizzy — trochę bardziej hipsterska, trochę bardziej włoska (jeśli to w ogóle możliwe), zdecydowanie bardziej strawna.

Jej historia sięga starożytnego Rzymu. Tak, drogi Watsonie – aktualnie modny produkt z dyskontu ma rodowód dłuższy niż szynka parmeńska dojrzewająca w piwnicy u Nonny. Pinsa powstaje z mieszanki mąk: pszennej, ryżowej i sojowej, a ciasto fermentuje nawet 72 godziny. Efekt? Lekkie, chrupiące z zewnątrz i miękkie w środku ciasto, idealne dla tych, którzy po pizzy czują się jak balon meteorologiczny.

Smakowanie biedronkowej pinsy

Zatem jak wypada pinsa Biedronka w praktyce? Już samo jej znalezienie na półce może być jak polowanie na trufle w promocji – nie zawsze jest dostępna, ale kiedy już się trafi, to warto rzucić do koszyka i gnać do kasy, zanim ktoś nas ubiegnie.

Ciasto jest wyraźnie inne niż klasyczna pizza mrożona czy gotowa – bardziej chlebowe, z przyjemnie przypieczoną skórką. Ser i dodatki (wersje różnią się w zależności od partii) są, nie oszukujmy się, w stylu budżetowym, ale wcale nie złym. Służą raczej za akompaniament niż pierwszoplanowych aktorów. Dominującą rolę gra zdecydowanie ciasto — i dobrze, bo to właśnie o nie tutaj chodzi.

Najlepsze efekty osiągniemy, podgrzewając pinsę w piekarniku przez kilka minut na kamieniu lub blaszce — mikrofala zniszczy całą rzymską magię. Pro tip: skrop ją oliwą z oliwek i dorzuć kilka listków rukoli albo odrobinę świeżego parmezanu. Tak, wszystkie te słowa są jak aromatyczny jazz dla podniebienia.

Wartość vs. cena — rzymska uczta za drobniaki?

Cena pinsy z Biedronki waha się w okolicach 7–9 złotych za porcję, która spokojnie nasyci jedną osobę lub bardzo niegłodnego duetu. Porównując to do wypadu do pizzerii, gdzie ceny startują dziś od ceny kawy z lotniska, mamy tu bezapelacyjnie niezły stosunek jakości do ceny.

Dietetycznie też nie jest źle. Dzięki mieszance mąk i długiemu procesowi fermentacji, pinsa uznawana jest za łatwostrawną i mniej kaloryczną alternatywę dla klasycznej pizzy. Tłuszcz jest, ale głównie z sera i ewentualnego mięsa — wiadomo, nikt nie wpycha tam oleju palmowego przez komin piekarnika. Czy to więc fast food? Raczej smart food – szybki, ale z głową (i serem).

Z czym to jeść i dla kogo?

Pinsa biedronka nie jest frykasem tylko dla włoskich snobów. To świetna opcja zarówno dla zabieganych studentów, jak i dla rodziców chcących zrobić „włoską kolację” w środku tygodnia bez zaciągania pożyczki. Świetnie sprawdzi się też jako baza do kulinarnej twórczości — chcesz wegetariańską? Proszę bardzo. Marzy ci się wersja na ostro? Dodaj papryczki chili i sos sriracha. Kombinacji jest tyle, ile wyobraźnia potrafi stworzyć (i lodówka pomieści).

Warto też dodać, że pinsa Biedronka zdobywa coraz większe uznanie wśród influencerów kulinarnych. Tak, nawet ci z 50k followersów potrafią ją wrzucić na story obok fancy tartaletek i bagietek z kozim serem. Sprawdziliśmy — działa!

Podsumowując, pinsa z Biedronki to przykład na to, że ciekawy i smakowity produkt może trafić pod strzechy (i do mikrofalówek). Choć nie jest to pizza z pieca opalanego drewnem w Neapolu, za kilkanaście złotych dostajemy kawałek autentycznego, dobrze przygotowanego smaku, który z powodzeniem może wystąpić na sobotniej kolacji. Czy warto? Jeśli nie boisz się spróbować czegoś nowego (i twarda skórka cię nie przeraża) — zdecydowanie tak. Rzymskie pozdrowienia i smacznego!